UWAGA

Te opowiadanie nie ma nic wspólnego z komiksem!
Zapożyczone są tylko i wyłącznie postacie!

niedziela, 2 października 2016

Rozdział trzeci

Tego wieczoru nad Gotham nie świecił ani księżyc, ani gwiazdy. Chmury wisiały nad czubkami drzew i rozchodziły się po całym niebie. Ochroniarz stojący przy drzwiach co chwile patrząc ku górze modlił się by wraz z wilgotnym powietrzem nie spadł ulewny deszcz mogący popsuć cała uroczystość. Kilkunastu mężczyzn w drogich strojach z towarzyszącymi im żonami lub kochankami w długich sukniach, stając przy swoich srebrnych autach rozmawiali o polityce jak i o coraz większym niebezpieczeństwie panującym w mieście. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem na temat człowieka u którego w domu się zbierają, ale wszyscy myśleli o tym samym: gdzie był, dlaczego nie odzywał się przez tyle lat, czy nareszcie dorósł? Ci mężczyźni to ci którzy mimo minionych lat, co roku zbierali się by uczcić pamięć małżeństwa Gotham. Teraz nadszedł czas by przywitać ich syna. Dlatego właśnie czekali tam, obserwując uważnie drzwi które miały prawo otworzyć się w każdej chwili. Uroczystość ta odbywała się co roku od śmierci rodziców Justina. Mieszkańcy próbowali odwdzięczyć się za to co te małżeństwo zrobiło dla miasta, i przeprosić za to co te okrutne miejsce zrobiło im. Justin nigdy się na nich nie pojawiał, na samym początku uważali, że jest za mały, następnie sam nie miał zamiaru stać przed ludźmi powiązanymi z firmą o którą obawiał ich śmierć. Potem zaginął. Mimo zniknięcia młodego Biebera, nie za przestali tradycji, ale dzisiejsze święto miało być inne. Wszyscy byli przekonani ze będzie, on. Syn Gotham.
Stojąc przy lustrze ubierał kolejne części garderoby, starannie wyprasowaną koszule zapiął na ostatni guzik a pod kołnierzykiem związał białą muszkę. Przyczepione do czarnych spodni od garnitur, zamiast paska szelki, założył na ramiona. Przeczesał dłońmi mokre od żelu włosy do tyłu. Przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze, małe rany na twarzy się zabliźniły, zostawiając na swoim miejscu jasne znamiona.
Mając zaledwie dwadzieścia lat, po roku ratowania miasta nocą w charakterze człowieka nietoperza, a dniach spędzanych w ciemnej jaskini. Sam sobie powiedział ze musi od tego odpocząć. Co prawda odpocząć mu się nie udało, ale odcięcie się od maski Batmana poszło z dużą łatwością. Przemierzył niemal całą Amerykę południową, a gdy późną jesienią swego pierwszego roku poza domem zaciągnął się do szorowania pokładu statku, udało mu się zimę spędzić w krajach Azji. Zwiedził by ją w dłuż i wszerz jeśli pięć lat więzienia, nie weszło by mu w drogę. Czarna dziura, piekło na ziemi, które według prawa nie istnieje. Przemytnicy spędzali w nim od kilku miesięcy do pół roku. Człowiek który wypierał się tego - siedział tam dłużej. Gdyby dobrze się nad tym zastanowił, bez wątpienia mógł by wyjść rok czy nawet trzy lata wcześniej, choć pod koniec swojego wyroku zdał sobie sprawę ze nie jest w stanie wrócić do Gotham, zamieszkać w swoim pałacu pełnym okrutnych wspomnień, a potem żyć, tak jak przystało na człowieka znajdującego się w społeczeństwie.
Justin pakował się wiele razy, i tak samo wiele razy gotowy był do swojego powrotu. Nigdy jednak do niego nie dochodziło. Czasami jednak zdawał sobie sprawę, że im dłużej zwleka tym mniej czasu mu zostaje. Chłopak nigdy nie zwracał uwagi na czas, świat zmieniający się wokoło. Wszystko robił w tempie jakie on uważał za słuszne, czasami szybko, a innymi dniami znacznie wolniej. 
Po latach spędzonych w Azji, dwa dni przed swoimi dwudziestymi szóstym urodzinami znalazł się w Ameryce Południowej. Przez kolejny rok uliczne walki weszły mu w krew. Z pieniędzy za nie dało się wyżyć jednak nie były to kwoty do których przyzwyczajony był mieszkaniec Gotham. Noce spędzał w opuszczonych budynkach wraz z innymi tubylcami miasta. Ameryka nauczyła go, dała mu wiele lekcji życia. To tam kolejny raz zasmakował rzeczy nie legalnej, i po raz pierwszy nie został za to ukarany. W mieście którym się znajdował, bezprawie rozrastało się coraz szybciej i coraz bardziej. Dzieci kradły, dorośli zabijali, a granice zmieniały się w mur więzienny. Miasto przypominało Gotham, i to Justin wypierał z swojego umysłu. Nie chciał wrócić ale nie mógł uciekać w nieskończoność. Tęsknił, nie zostawił za sobą tylko przeszłości ale i ludzi na których mu zależało.

Schodząc po schodach, zatrzymał się na jednym ze schodków, zerknął przez staranie wyczyszczone okno na tłum zbierający się przed pałacem. Nigdy nie miał problemu z kontaktami z ludźmi jednak tym razem towarzyszył mu stres. Bał się, nie za bardzo rozumiejąc czego. Idąc w stronę drzwi, Alfred pocieszająco się do niego uśmiechnął, a Justin czując wsparcie od strony starego przyjaciela, pewnym krokiem wyszedł na zewnątrz.
Przemowy trwały w nieskończoność, przeprosiny, podziękowania jak i wspomnienia z ich życia. Ci którzy dobrze znali rodzinę Gotham, opowiadali o tym jakimi ludźmi byli prywatnie, a pracownicy Bieber Enterprises mówili o nich jako o wspaniałych szafach. Siedział tam znów tak jak wtedy, mały dwunastoletni chłopiec. Po czternastu latach, te same obce twarze, te same słowa współczucia usłyszał od tych wszystkich wpływowych mieszkańców Gotham po raz drugi. Po skończonej uroczystości, gdy każdy powiedział to co do niego należy, rozeszli się po każdym kącie domu Justina. W głównym salonie przepełnionym stołami najróżniejszymi z całego świata daniami, siedzieli mężczyźni pijący drogiego szampana. 
 - dawno cie nie widziałem - usłyszał swój głos gdy zobaczył go. Piękny irlandzki chłopiec o niebieskich, smutnych oczach.
- podobno byłeś zbyt zajęty - odpowiedział, stojąc przed nim. Wysoki mężczyzna, w czarnym garniturze zrobił krok w stronę właściciela domu - miło mi cię w końcu zobaczyć Justin.
Starał się dotrzeć do ironii w jego głosie, ale nie usłyszał jej. Po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że jej nie ma. Nie było w niej też żadnego gestu oskarżającego 'W końcu'. Cillian znał Justin od dziecka, tak samo znał go Justin. Wychowywali się praktycznie razem. Razem chodzili do szkoły i bawili się w ogrodach. Razem tez dorastali.

- Dużo się pozmieniało pod twoja nieobecność - zaczął, ale już po chwili przerwał, zacisną usta w cieką linie - nie - pokręcił głową - nie będę mówić ci tego co mówią wszyscy. Zniknąłeś tak nagle. Chciałbym wiedzieć gdzie. Nie mam jednak odwagi zapytać, bo i tak wiem, że ty nie będziesz miał odwagi odpowiedzieć. Czekałem, liczyłem na to, że w końcu wrócisz, ale teraz gdy jesteś w swoim domu myślę, że powrót był największym głupstwem jakie zrobiłeś - Justin nie odpowiadając, spojrzał się na Cilliana wzrokiem jakby nie wierzył w to co słyszy.
- zostawiłeś Gotham w złym stanie, a ono przywitało Cię w jeszcze gorszym. Nie boisz się? Tego, że wciągnie Cię tak jak twoich rodziców, a później wypluje na bruk? -
- zamilknij -
- nie, nie Justin, nie widzisz tego co się dzieje - jego ton głosu ucichł - światła gasną, miasto ukazuje swoje prawdziwe oblicze. Jestem tu nie tylko jako twój przyjaciel. Mogę ci pomóc. Pomogę ci
- pomoc? - Justin uniósł lekko brwi.
- nadchodzi ciemność, a ciemność nie zostawia za sobą nic, nawet tak wielką legendę jak sam Bieber. Twoja korporacja nie zasługuje na spadek w przepaść. Twoja rodzina na to nie zasługuje, to wszystko co w nią włożyli. Znam ludzi którzy na to nie pozwolą. Jeśli do nas dołączysz -
- do was? - zapytał, przerywając mu.
- do tych którzy dokonali słusznej decyzji. Miasta już nie damy rady ocalić, wiec może lepiej się mu poddać? Jak myślisz Justin -
- ono nie jest skończone, jeszcze nie - Bieber pokręcił głową.
- Jeszcze nie? To kwestia kilku miesięcy, a zostanie z niego, z ciebie pył - Cillian spojrzał mu w oczy - nie uratujesz go ty, człowiek w masce, ani nikt inny.

-Czy pamiętasz jak byliśmy młodzi? - lekko zmodyfikowany głos, rozchodził się po pomieszczeniu. Ja nie pamiętam już nic pomyślał Bane. Mężczyzna kucał przy dziewczynie siedzącej na podłodze. Czarna bluza opinała mu mięśnie które były bardzo mocno widoczne. Pokój był pusty, z oddali można było usłyszeć rozmowy oraz krzyki karzące się pośpieszyć ludziom Bane'a, mimo to echo jego oddechu zapełniało tę część budynku. 
Znał dziewczynę w białej koszuli od dawna, znał ja dobrze. Poznał ją zaraz po tym jak udało mu się uciec z więzienia w którym mieszkał. Była pierwszą osobą która zobaczył, i pierwszą którą mu odebrano.- czy pamiętasz jak byliśmy przekonani ze jesteśmy dobrymi ludźmi? - dokończył i podniósł się cały czas na nią patrząc. "Podczas gdy nie byliśmy nawet ludźmi"- do zobaczenia Margot.
Opuszczając pokój wziął do ręki karabin maszynowy oparty o ścianę, ani na sekundę nie odwrócił się by na nią spojrzeć. Metalowa maska nigdy nie pozwalała przedostać się jego uczuciom na zewnątrz, wielu uważało, że w ogóle ich niema. Jednak osoby które wiedziały o nim coś więcej, a było ich bardzo niewiele potrafili doczytać się jego myśli. Oczy Bane'a zdradzały wszystko, 'głębokie spojrzenie chłopca wychowanego w czarnej dziurze', Od smutku po ból, każde uczucie oprócz szczęścia. Mężczyzna znany jako 'Zguba', mimo swoich surowych zasad i praw dbał o swoich ludzi i nigdy nie pozwolił by jego najcenniejsi żołnierze zginęli dlatego to on zawsze szedł przodem. Znalazł się już na zewnątrz budynku gdy zatrzymał się przy drzwiach czarnego wozu, skrzyżowane ręce trzymał zaciśnięte na wojskowej kamizelce, kątem oka spojrzał na ciemne niebo i jedna szybka myśl przeszła mu przez umysł 'przyjdą po nią'. Wszedł do pojazdu który po chwili zostawił za sobą ślady opon.

Tej samej nocy Alfred idąc pewnym krokiem w stronę jaskini nie spodziewał się ujrzeć pustki, i to pustki w innym znaczeniu. Wraz z Justinem nie ujrzał tumblera który do tej pory stał na ogromnym podeście, a co najważniejsze nie było stroju w przezroczystej gablocie. Bieber był już daleko swojego pałacu, jadąc coraz szybciej mijał samochody zatrzymujące się na poboczach, zostały opuszczane przez właścicieli którzy choć przez chwilę pragnęli zobaczyć niesamowity pojazd. Nie stracił dużo czasu na rozbicie muru i znalezienie się w środku. Przygotowany na walkę z człowiekiem w masce, zawiódł się. Nie było go tam, nie było nikogo prócz niej. Podchodząc do dziewczyny czarna peleryna falowała przez przeciąg panujący w pomieszczeniu, jej śmiech rozchodził się po budynku, a gdy znalazł się bliżej momentalnie ucichła. Mimo zimnego powietrza miała na sobie tylko szarą podartą koszule, a poplątane włosy zasłaniały jej twarz. Szaleńczy uśmiech pojawił się na jej twarzy gdy stanęła przed nią wysoka postać. Justin widział ją po raz pierwszy, wiedział też o niej tylko to czego sam się dowiedział, a jednak towarzyszyło mu przeczucie ze ona wie o nim wszystko.


Margot urodziła się w Gotham i tam się wychowała. Dzieciństwo spędziła w dworku na obrzeżach miasta gdzie rodzina Robbie mieszkała od pokoleń. W wieku jedenastu lat została sama z ojcem po tym jak matka uciekał z kochankiem. Margot przeżyła rozstanie rodziców, możliwe że to był powód nazywania ją 'smutną dziewczynką', tata małej Robbie chciał by jego córka zawsze była radosna. Tworzył kolejne wynalazki mające na celu jej rozśmieszenia. Przez jeden z wynalazków piękny dom stojący na poboczu uległ strasznemu pożarowi, a Margot została sierotą. Pod swój dach przyjął ją mężczyzna tak samo szalony jak i ona, przez kilka lat mieszkali w starych i brudnych modelach, to dzięki niemu poznała Bane'a jak i kilkunastu innych złoczyńców. Tajemniczy mężczyzna zawsze uważał ze Margot jest tylko jego, ale to Bane traktował ją jak królową. 

Kiedy Justin zorientował się, co się dzieje, uśmiechnięta dziewczyna stała przy oknie pozbawionego szyby z małym detonatorem. Trzymała kciuk na czerwonym przycisku, uważnie patrząc na jego reakcję. Bieber zawsze był spostrzegawczy jednak dziś nie zdążył zauważyć pułapki w jakiej się znalazł.
- Żegnaj Batmanie - powiedziała ze śmiechem i choć byli na trzecim piętrze opuszczonego budynku, zwinnie skoczyła z parapetu, zerkając szybko w dół zdała sobie sprawę ze nie czeka ją nic, nie poszło tak jak jej obiecał. Kolejne piętra budynku wybuchały zamieniając się w potężne chmury popiołu i ognia.
Człowiek-nietoperz przy pomocy peleryny bez żadnego problemu wylądował na ziemi trzymając na rękach Margot.

Chłopak był w trakcie opatrywania oparzeń w swojej twierdzy gdy do środka wszedł Alfred, choć Justin rozkazał mu by tam nie wchodzić - chyba, że w sprawie bardzo ważnej, wręcz wymagającej natychmiastowej reakcji - przerwał jego zajęcie by zaopatrzyć go w kolejne opakowania bandaży i środków przeciwbólowych.
- daje mi Pan do rozumienia, że było gorąco - pokręcił głową i przejął zadanie właściciela domu, pomagając mu. - bardzo ładna.
- chciała mnie zabić Alfredzie -
- chciał zabić Batmana, z Justinem Bieberem mogłaby się umówić - lokaj zerknął na nieprzytomną dziewczynę, z związanymi rękoma i nogami leżąca na białych płytkach.
- uratowałeś ja?-
- skoczyła w przepaść, chcieli ją tylko wykorzystać -
- wątpię, że taka dziewczyna jak ona dala by sobą pogrywać jak pionkiem, Panie Bieber -
- zobaczymy co nam powie, gdy się ocknie -
- Czy naprawdę ogłuszył Pan kobietę? -
- zapomnisz o drobnym fakcie, mniej więcej takim, że chciała się mnie pozbyć. -

Rozmowa z Alfredem jak zawsze zakończyła się słowami "Nich Pan zrobi wszystko by te przeklęte miasto przetrwało".
Justin został sam, i próbując zająć swój umysł naprawą autopilota, królowa Arkham leżąca na ziemi nie dawała mu spokoju, co jakiś czas zastanawiał się sprawdzając czy jeszcze tam jest, czy nie uciekła.

- Dlaczego się nie ukrywasz? Teraz wiem kim jesteś Batmanie – usłyszał za sobą głos, mimo to się nie odwrócił.
- Coś za coś, teraz ja chce wiedzieć kim jest on -
- Człowiek w masce? - zapytała – jesteście do siebie podobni, zauważyłeś? Obaj nosicie maski, i o was obu nikt nic nie wie.
- Kim on jest? - powtórzył w jej stronę.

- Narodzonym z ciemności - 
~
tadam

CZYTASZ = KOMENTUJESZ